Puchar Strefy MTB Sudety – Walim

Zawody z cyklu Pucharu Strefy MTB Sudety zawsze stanowią spore wyzwanie. Stosunkowo krótkie, ale nasycone technicznymi odcinkami i dużą sumą przewyższeń trasy, wyciskają z zawodników siódme poty. Kto by pomyślał, że pokonanie niecałych 50km nawet najlepszym zajmuje ponad trzy godziny! Tym razem warunki podczas zawodów były naprawdę ekstremalne.

Nowe opony Mitas Scylla świetnie sprawdziły się w trudnych warunkach.
Foto: Anka Aries Baran 

Po tygodniu bardzo intensywnych treningów w Stroniu Śląskim, Łukasz miał spory apetyt na podium w tych zawodach.

Po całonocnych opadach, góry skryły się pod białą, śniegową pierzyną a temperatura oscylowała w okolicach zera. Warunki doskonałe do ścigania! – pomyślałem. Nie, żebym znajdował specjalną przyjemność w marznięciu na rowerze, ale wyścigi w niskich temperaturach są akurat moim atutem.  Maratoński diesel okazuje się wyjątkowo ekonomiczny, gdy zimno wysysa z organizmu każdą porcję energii.  

Jest pudło! konkurencja zacna. Sporo zawodników nie ukończyło tego dnia zawodów.
Foto: Arek Kuna

Zaraz po starcie zderzyliśmy się ze ścianą asfaltowego podjazdu. Od peletonu od razu oderwała się kilkuosobowa grupa. Między innymi: Kanera, Dziewa, Miker-Tygrys i ja. Na trawiastym podjeździe chłopaki stanęli w korby i nieco odjechali.  Ja kalkulowałem siły na trzy godziny ścigania. Po kolejnych kilometrach byłem już na trzeciej pozycji.
Jest zimno, mokro, ślisko i cholernie niebezpiecznie. Błoto zmieszane ze śniegiem jest wyjątkowo zdradliwe, a pod jego warstwą nie widać  przeszkód i nierówności terenu. Jadę bardzo zachowawczo. Widziałem już nie raz, jak te trasy karzą zbyt krewkich zjazdowców. Za KOM’a na zjeździe i DNF medali nikt nie daje. Przede mną, między drzewami, przemyka co chwila sylwetka Tygrysa. Minuta, trzydzieści sekund… Spokojnie, jestem cierpliwym myśliwym. Rywala dopadłem w okolicach Sowy. Po drodze pomyliliśmy jeszcze trasę. Na tym samym szlaku odbywały się równolegle zawody biegowe oznaczone… identycznymi, niebieskimi strzałkami. Zaprowadziły nas ponownie pod schronisko.  Strata 8 min nie spowodowała jednak przetasowania w stawce. Reszta rywali miała już dużą stratę czasową lub zakończyła ściganie. Bomby i DNF’y tego dnia słały się tego dnia gęsto. Do mety dotarłem na niezagrożonym, drugim miejscu. Mimo wszystko szkoda, bo niewiele więcej straciłem ostatecznie do zwycięzcy. Może była by szansa pociąć się jeszcze na końcowych kilometrach?

Mina mówi sama za siebie.
Foto: Ultimasport

Podsumowując: maraton z serii tych, jakie lubię. Wyciskający z zawodników resztki sił i obnażający wszystkie słabości. Ukończenie na dobrej pozycji na pewno daje satysfakcję. Ponad dwa tysiące w pionie na niecałych pięćdziesięciu kilometrach. I tak powinno wyglądać XCM! Może za rok cykl rozszerzy się o dystans giga?

Foto: Anka Aries Baran 

Jeśli jesteście ciekawi, jak mocno trzeba pedałować, aby na metę dojechać razem z Łukaszem, poniżej możecie zobaczyć jego wyścig „po inżyniersku” rozłożony na czynniki pierwsze:)

  • czas: 03:11:56
  • dystans: 49,4km
  • NP: 305W
  • TSS:273
  • średnia moc: 247W
  • średnie tętno: 160 BPM
  • peak 5 min: 391W
  • peak 12 min: 351W
Arek pokonuje ostatnie metry w drodze do mety.
Foto: Anka Aries Baran 

Arek do Walimia jeździ od wielu lat. Zazwyczaj w maju, przy dobrej pogodzie. Zazwyczaj…

Monitorowałem prognozy na bieżąco i jadąc tym razem byłem w pełni świadomy na co się piszę. Wokół Walimia na koniec majówki spadł śnieg, co sprawiło, że pierwszy raz od dłuższego czasu miałem okazja potaplać się w nim…  i w całej masie błota. Dopóki w trakcie samych zawodów nie pada, jest tak naprawdę całkiem przyjemnie, bo ciuchy poza obuwiem nie przemakają i da się śmigać mimo niskiej temperatury. Single o charakterystyce XC z pierwszej części trasy i przy dobrej pogodzie wymagają solidnej techniki, by w ogóle utrzymać się na pochyłościach i korzeniach, tym razem było wyjątkowo ciężko.

Arek i Bartek na bufecie. Polecają zupę z soczewicy!
Foto: Arek Kuna

Do samego rozjazdu nie byłem pewien, jaki dystans pojadę, ale zew przygody przeważył i na 18 km wybrałem dodatkowe 30 km na pętli mega. Samotna walka z żywiołem dominowała w drugiej połowie zawodów. Spore wycieńczenie sprawiło, że popełniłem kilka razy szkolne błędy i na nawrotkach po szybkich zjazdach nie zdążyłem zrzucić biegów. Sam wynik jak na takie warunki satysfakcjonuje. W takim przypadku samo dojechanie do mety to nie lada wyzwanie. Po raz kolejny brawo dla organizatorów za najlepszy bufet MTB na Dolnym Śląsku – na mecie czekało pyszne ciasto i zupa-krem z soczewicy.

W tym roku także Bartek wybrał rower z pełnym zawieszeniem. Na maratonie liczy się przede wszystkim efektywność i możliwość zaoszczędzenia sił na długi wysiłek.
Foto: Anka Aries Baran 
Bartek Krzyśko na mecie.
Foto: Ultimasport

Brak komentarzy do "Puchar Strefy MTB Sudety - Walim"