Bike Maraton Polanica Zdrój – preludium do ścigania w górach.

Wyścig w Polanicy od wielu lat stanowi przedsmak ścigania się w wyższych górach. Tego dnia nasi zawodnicy spisali się znakomicie, odnosząc sukcesy indywidualnie oraz zajmując trzecie miejsce w klasyfikacji drużynowej!

Nasi gigowcy.
Foto: Ola Sulikowska

Zmagając się ze skurczami, Piotrek liczył kamienie na zjazdach. Mimo wszystko, co nie zabije, to wzmocni.

Jeden, drugi, trzeci…
Foto: Kasia Rokosz

Porzekadła mówią: „Bez pracy nie ma jeżdżenia” czy „Rower w kąt, skurcze w nogi” 😀 W zasadzie w taki krótki sposób można podsumować start w zawodach Bike Maraton, rozgrywanych w  Polanicy. A rozwijając? Mniej więcej jak na zdjęciu 😉 Tylko gorzej: 10km (z 74km) symptomy skurczy… 20 km, skurcze się zaczynają. I tak już do końca, sinusoidalnie. Od prób „rozjeżdżenia” tego stanu, poprzez „przeżywanie” jego obecności 😀 Na końcówce nawet mogłem liczyć kamienie na trasie, bo tak „szybko” jechałem, żeby tylko wibracje nie doprowadziły do stanu agonalnej blokady nóg. Ale co cię nie zabije to cię wzmocni! Na trasie nie odpuściłem i walka jak zawsze była do samego końca. W dodatku wcale tego nie żałuję. Dojechałem. Trasa fajna. Odcinki te same, ale poprzeplatane między sobą zupełnie inaczej, więc i nudy nie było, mimo że trasa ta sama. Polanica-Zdrój to w zasadzie preludium ścigania w górach. Niby podjazdy są, ale dosyć wypłaszczone. Pogoda dopisała – dojechaliśmy w całości. Teraz czekam na kolejne wyzwanie w Jeleniej Górze”. Zatem do następnego!

Pomimo miejsca tuż za podium, Łukasz pojechał naprawdę dobry wyścig. Rzut oka na listę nazwisk na wynikach bez wątpienia to potwierdza.

Łukasz Klimaszewski. 4. OPEN, 1 M3
Foto: Arek Kuna

Choć kończę tuż za podium, był to bardzo dobrze rozegrany wyścig. Konfrontacja z pięcioosobowym (!) peletonem Jbg2 to karkołomne zadanie. Już na pierwszym, dziesięciokilometrowym podjeździe, narzucili takie tempo, że w pierwszej grupie utrzymała się jedynie ich czwórka, ja i Mikołaj Dziewa. Po wspólnej jeździe i błyskawicznym pokonywaniu kilometrów, mniej więcej w 2/3 dystansu, zaatakował jeden z „czerwonych”. Reszta oczywiście puściła korby. Uciekinier szybko zniknął z pola widzenia. Wyszedłem na zmianę i na dłuższym podjeździe skasowałem ucieczkę. Nastąpił ponowny atak pozostałej trójki. Po kilku minutach musiałem już puścić koło i jechać swoje do mety, aby utrzymać wywalczone miejsce. Walka 3:1 nie dawała szans powodzenia, a pozostali mocni rywale, czaili się z tyłu.

Goniąc czerwony pociąg.
Foto: Kasia Rokosz

Ostatecznie uplasowałem się na czwartej pozycji z niecałymi trzema minutami straty. Jest ok. Warto zaznaczyć, że cała czołówka jechała na rowerach z pełnym zawieszeniem. Obecnie jest to niemal oczywisty wybór w XCM. Mój Specialized Epic sprawował się doskonale na kilometrach „kocich łbów”, pokonywanych na pełnym gazie. Wbrew pozorom, to nie zjazdy, ale właśnie efektywność długiej jazdy po wybojach, są największymi atutami fulla.

  • czas jazdy 3:01:12
  • TSS 273
  • NP 314 W
  • Peak 5min: 385W
  • Peak 20 min: 361W

Arek dość krytycznie ocenia swój start. Czy na pewno była to porażka? Może po ostatnich sukcesach, ma po prostu ambicje na coraz wyższe lokaty?

Arek na ostatniej, technicznej sekcji przed metą.
Foto: Ola Sulikowska

W końcu porażka. Miał być postęp, jest stagnacja. Tylko 5 dni przerwy od ostatniego wyjątkowo ciężkiego startu i piąty z rzędu weekend ścigania dał się we znaki. Na pierwszym podjeździe tempo było nawet dobre. Szkoda tylko, że zamiast pedałować, raczej wiłem się z bólu w łydkach i udach. Na szczęście dwa tygodnie w Hiszpanii robią swoje. Druga i trzecia godzina jazdy minęła mi na nadrabianiu strat i całej masie wyprzedzania na zjazdach i podjazdach. Albo poczyniłem znaczący postęp w technice, albo jednak karbonowe obręcze robią robotę.

Połączenie wszystkich dystansów na końcowych kilometrach było bardzo niefortunne. Gigowcy musieli wymijać wielu wolniejszych zawodników.
Foto: Kasia Rokosz

Dzięki dla Piotra Majera za towarzystwo w kryzysie i przypomnienie, że tempo na maratonach trzeba sobie dawkować. Trasa tym razem raczej nudziła. Bywały w Polanicy maratony dużo cięższe, zwłaszcza jeśli chodzi o przewyższenia i technikę. Znaczenie na pewno miały prognozy pogody, bo maraton puszczono tak, by nawet przy ciężkim deszczu zdecydowana większość była łatwa do przejechania. Okazyjne błotko i single dawały frajdę. Szkoda, że nie puszczono Giga przez Piekielną Górę tuż pod samą Polanicą. Przy zaledwie setce zawodników na tym dystansie i starcie godzinę przed wydaje mi się, że była możliwość skierowania nas tam osobno od startu.

Wojciech Kubik. Zwycięzca w kategorii M0 na dystansie Classic.
Foto: Ola Sulikowska

Wyniki

Link do strony datasport

Brak komentarzy do "Bike Maraton Polanica Zdrój - preludium do ścigania w górach."